A wystarczyło wyciągnąć wnioski – historia polskiego 007

To jest jedna z tych katastrof, której dokładne zbadanie pomogłoby zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości. Niestety, z powodów politycznych LOT 007 okazał się tylko tragicznym preludium.

Był 13 marca 1980 roku, kiedy czterosilnikowy samolot polskich linii lotniczych wylądował w Nowym Jorku. Radzieckiej produkcji Iljuszyn Ił-62 był wtedy największą maszyną we flocie LOT-u, a ten konkretny samolot nosił imię Mikołaja Kopernika. Po kilku godzinach miał on ponownie wzbić się w powietrze i udać w podróż powrotną do Warszawy. Załogę zaskoczyła jednak potężna śnieżyca, a konieczność usunięcia jej skutków spowodowała ponad dwugodzinne opóźnienie. W końcu jednak, niedługo po godzinie 21:00, maszyna wystartowała i skierowała się do Polski.

Na pokładzie Kopernika leciało wtedy zaledwie 77 pasażerów, mimo że Ił-62 miał w sumie ok. 180 foteli. Na czele 10-osobowej załogi znalazł się doświadczony kapitan Paweł Lipowczan. Pasjonował się on skokami spadochronowymi i był rekordzistą świata w celności lądowania w tej dyscyplinie. W locie nad Atlantykiem towarzyszył mu drugi pilot Tadeusz Łochocki. Po dziewięciu godzinach rutynowego lotu samolot był już nad Warszawą i podchodził do lądowania na Okęciu. Wtedy jednak pojawił się pewien problem.

Na krótko przed lądowaniem załoga oczywiście musiała wysunąć podwozie. Problem polegał na tym, że jedna z kontrolek nie zaświeciła się, przez co piloci nie byli pewni, czy wszystkie koła zostały wypuszczone i zablokowane. Prawdopodobnie jednak doszło do zwykłego przepalenia się żarówki, co było dość częstą usterką w radzieckich samolotach. W takim przypadku nie powstaje żadne niebezpieczeństwo, chociaż pisałem już o sytuacji, kiedy właśnie taka niedziałająca kontrolka doprowadziła do katastrofy.

W przypadku, gdy piloci nie są pewni co do pozycji podwozia, należy wykonać dosyć specyficzną procedurę – samolot musi przelecieć raz jeszcze nisko nad lotniskiem, a w tym czasie kontroler ruchu lotniczego przez lornetkę obserwuje, czy podwozie jest wysunięte. Na taki manewr zdecydowała się też załoga Kopernika, ale wcześniej musieli przerwać procedurę lądowania i „odejść na drugi krąg”, czyli wznieść się nieco, po czym zawrócić i raz jeszcze ustawić się na ścieżce podejścia do lotniska. Gdy jednak mechanik pokładowy zwiększył moc silników, zdarzyło się coś niepokojącego.

Krótko po rozpoczęciu tego ponownego wznoszenia, samolotem targnęła potężna eksplozja mająca swoje źródło w tylnej części samolotu. Po chwili piloci spostrzegli, że dwa z czterech silników nagle przestały działać. W kilku artykułach (na przykład w tym) pisałem wprawdzie, że każdy samolot może kontynuować lot i bezpiecznie wylądować z połową działających silników. Tutaj jednak do ich wyłączenia doszło podczas odchodzenia na drugi krąg – manewru, kiedy samolot nie tylko znajduje się nisko nad ziemią, ale potrzebuje też bardzo dużo mocy, aby ponownie nabrać prędkości.

Dlatego też od razu po dziwnej eksplozji maszyna zaczęła pikować w stronę ziemi. Z powodu niskiego pułapu lotu załoga nie mogła zareagować w żaden sposób, aby uniknąć katastrofy. Wciąż jednak mogli próbować zmniejszyć jej skutki i tak też się stało. Maszyna spadała bowiem w kierunku budynku zakładu poprawczego znajdującego się (do dzisiaj) nieopodal ul. Krakowiaków w Warszawie. Widząc to, kapitan Paweł Lipowczan tak manewrował spadającym samolotem, aby nie uderzyć w ten budynek.

Katastrofa była nieunikniona. Po 26 sekundach samolot uderzył w pokrytą lodem fosę fortu wojskowego (Fort Okęcie/Fort VI Twierdzy Warszawa), który znajduje się zaledwie 750 metrów za pasem startowym nr 33 na Lotnisku Chopina. Dlatego też ratownicy błyskawicznie przybyli na miejsce katastrofy, ale jej skutki okazały się tragiczne – nikt nie przeżył zderzenia z ziemią. Dodatkowo szczątki samolotu były porozrzucane na dużym obszarze.

Aby dotrzeć do niektórych części kadłuba, konieczne okazało się wypompowanie wody z fosy Fortu Okęcie. W katastrofie tej zginęli głównie Polacy i Amerykanie, na pokładzie znalazła się też amatorska reprezentacja USA w boksie. O wydarzeniu tym w Polsce mówiono jednak najwięcej z innego powodu – jedną z pasażerek była znana piosenkarka Anna Jantar.

Zaraz po katastrofie rozpoczęło się śledztwo mające zbadać jej przyczyny. Okazało się, że w momencie zwiększenia mocy, podczas odchodzenia na drugi krąg, doszło do pęknięcia jednego z ważnych elementów silnika nr 2. W wyniku tej usterki jednostka napędowa rozpadła się, a odłamki uderzyły w silnik nr 3, również go uszkadzając oraz w kadłub samolotu, odcinając od zasilania czarne skrzynki. Dlatego też śledczy nie dysponowali zapisem ostatnich 26 sekund lotu.

Radzieckiemu wytwórcy samolotu zarzucono niestaranną produkcję i użycie materiałów słabej jakości, które szybko się zużyły (Mikołaj Kopernik został dostarczony do LOT-u zaledwie 8 lat wcześniej). Poza tym fabryce Iljuszyna wytknięto błąd konstrukcyjny, ponieważ wszystkie 4 silniki samolotu umieszczono bardzo blisko siebie i awaria jednego zbyt łatwo mogła doprowadzić do usterki pozostałych. Co ciekawe, problemy z podwoziem nie miały żadnego związku z przyczynami katastrofy. Bez nich jednak najprawdopodobniej maszyna wylądowałaby bezpiecznie, ale problemy pojawiłyby się podczas następnego startu. Trudno powiedzieć, jakie wtedy byłyby skutki.

Jeżeli dzisiaj komisja badająca wypadek lotniczy ujawniłaby takie zaniedbania konstrukcyjne, najpewniej wszystkie samoloty danego modelu zostałyby natychmiast uziemione i nie wystartowałyby aż do czasu rozwiązania problemu. W latach 80. było jednak nieco inaczej – ZSRR całkowicie zbagatelizowało ustalenia polskich śledczych, a w raport nikt nie wierzył. Polska komisja miała jednak rację, a zachowanie władzy miało tragiczny skutek. Zaledwie 7 lat później rozbija się inny Ił-62 polskich linii lotniczych – LOT 5055. Przyczyna – niemal identyczna. Katastrofa ta została obszernie opisana na Joe Monsterze już jakiś czas temu w dwuczęściowym artykule (który przeczytasz tutaj tutaj).

Po katastrofie jedną z ulic na warszawskim Okęciu nazwano imieniem i nazwiskiem kapitana feralnego lotu. Ulica Pawła Lipowczana pozwala dzisiaj dojechać z Al. Krakowskiej do Fortu Okęcie. Co ciekawe, właśnie przy tej ulicy znajduje się zakład poprawczy, który został ocalony właśnie przez kapitana Lipowczana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *