Brawurowa ucieczka i uprowadzony polski samolot!

Był taki czas, kiedy Polska była drugim krajem na świecie pod względem ilości porwań samolotów pasażerskich – wyprzedzała nas tylko Kuba. Co ciekawe, ponad 10 uprowadzeń zakończyło się sukcesem, chociaż udaremnionych prób było znacznie więcej. Tymczasem władze dbały, aby o tych sytuacjach mówiło się jak najmniej. Wróćmy pamięcią do lat 80.

O znacznej ilości uprowadzeń wiedział też Czesław Kudłek – kapitan Polskich Linii Lotniczych LOT. Jak mało który lotnik rozumiał on jednak motywy porywaczy. Sam miał żonę i dwójkę małych dzieci, a linie zwlekały ze znalezieniem dla nich obiecanego mieszkania. Po którejś z rzędu wymuszonej przeprowadzce podjął z żoną decyzję o wyjeździe do Niemiec. Na początek chcieli odwiedzić znajomych i rozejrzeć się za perspektywami. Był rok 1981. Bilety lotnicze mieli kupione na 13 grudnia…

Stan wojenny zastał Kudłków podczas przygotowań do wyjazdu. Tego dnia flota LOT-u została uziemiona na ponad 4 tygodnie. Piloci zostali przeniesieni do floty wojskowej albo odesłani na urlopy. Wtedy też kilku lotników zawiązuje spisek i planuje uciec z kraju. Wśród pomysłów jest kradzież awionetek z aeroklubu albo ucieczka na pokładzie śmigłowca Straży Granicznej. Wszyscy piloci mieli jednak kilkuosobowe rodziny, a tyle osób na pewno by się nie zmieściło do małej maszyny. Mogli też wyemigrować przy pomocy samolotu rejsowego, ale funkcjonariusze UB mogliby coś podejrzewać widząc samolot pełen pilotów i ich rodzin.

Piloci postanawiają jeszcze poczekać. Nie oznacza to, że zapominają o swoich planach, ale teraz każdy z nich zaczyna działać samemu. W pierwszych dniach lutego Kudłkowie jadą do Wrocławia. Zatrzymują się tam u swoich znajomych – rodziny Baruków. Małżeństwa poznały się przy okazji skoków spadochronowych, ale wrocławianie też mają problemy. Mianowicie niedawno zostali wyrzuceni z domu i teraz mieszkają w prowadzonym przez siebie zakładzie zegarmistrzowskim.

Dwie rodziny zdecydowały, że chcą uciekać do Niemiec. Zapadła też decyzja jak – polecą LOT-em z Warszawy do Wrocławia, a za sterami samolotu zasiądzie Kudłek, który w pewnym momencie zmieni kurs i poleci do Berlina. Taki manewr wybierało też wielu przed nimi. Podobno na zachodzie skrót LOT rozwijało się jako „Landing on Tempelhof”, czyli lądowanie na głównym lotnisku Niemiec Zachodnich, które było po prostu „w modzie” wśród porywaczy.

12 lutego 1982 roku obie rodziny wsiadają na pokład samolotu typu An-24. Dzień wcześniej Czesław Kudłek zamienił się z praktykantem, który miał być drugim pilotem w trakcie tego rejsu. Decyzja o ucieczce nie była jednak przesądzona – kapitan miał ją podjąć w powietrzu, ale na razie wszystko wskazywało, że do niej nie dojdzie. Na pokładzie znajdował się bowiem czteroosobowy patrol UB, a pasażerów było zaledwie 17, z czego większość stanowili profesorowie zmierzający na konferencję naukową we Wrocławiu. W takim przypadku trudno było później wmówić kontrolerom ruchu lotniczego, że samolot został uprowadzony przez pasażera.

Wybawieniem okazał się Andrzej Horoszczak – młody dżokej ze Służewca, który również leciał samolotem. Sam mówił, że w PRL-u nie żyje mu się źle, ale trapił go zakaz podróżowania. Jak przyznał w późniejszym wywiadzie, wsiadając na pokład An-24 liczył on, że dojdzie do porwania. Był wybawieniem, ponieważ jako jedyny z pasażerów mógł być posądzony o sabotaż.

Przed startem Czesław Kudłek wykonuje najważniejszy krok – mówi funkcjonariuszom UB, że Andrzej Baruk jest praktykantem i prowadzi go do kabiny pilotów. Tak naprawdę znajomy pilota zostaje w pomieszczeniu między kabiną pasażerską a kokpitem, gdzie znajdują się drzwi do samolotu i które było wykorzystywane jako luk bagażowy. Zaraz po starcie Baruk zacznie przesuwać walizki pasażerów, tworząc tym samym barykadę i uniemożliwiając otwarcie drzwi prowadzących do kabiny pasażerskiej.

O godzinie 7:17 samolot otrzymuje zgodę na start. Niedługo po tym Czesław Kudłek pyta się drugiego pilota, Andrzeja Śmielewicza, czy ten mógłby wyznaczyć trasę na Tempelhof. Myśląc, że to żart, pierwszy oficer podaje dowódcy mapy lotniska, ale po chwili Kudłek dodaje, że w samolocie jest jego rodzina i naprawdę chce lecieć do Berlina.

Zarówno drugi pilot, jak i mechanik pokładowy zgadzają się na realizację planu. Krótko przed rozpoczęciem podejścia do Wrocławia kapitan informuje pasażerów, że z powodu manewrów wojskowych nie mogą lądować i muszą lecieć do Szczecina. W tamtym czasie na szczęście mało kto pytał się „dlaczego”, więc wszyscy podróżni z pokorą przyjęli po prostu kolejną niedogodność.

Warto zauważyć, że w latach 80., zwłaszcza podczas stanu wojennego, ruch lotniczy funkcjonował nieco inaczej. Do tego stopnia, że 12 lutego An-24 Kudłka był jedynym samolotem na polskim niebie. Dlatego też kontroler ruchu lotniczego błyskawicznie zauważył, że maszyna schodzi z kursu. Wtedy też kapitan powiedział przez radio, że został porwany – za jego plecami stoi pasażer z pistoletem i chce lecieć do Niemiec. Kudłek poprosił kontrolera, aby natychmiast załatwił pozwolenie na przelot nad NRD.

Na opuszczenie Polski nikt się jednak nie zgodził. Dlatego też chwilę po przekroczeniu granicy w pobliżu An-24 znalazły się trzy myśliwce i zaczęły eskortować samolot pasażerski. Drugi pilot, który znał angielski, porozumiał się z kontrolerem na wschodnioniemieckim lotnisku Schoenefeld, powiedział o rzekomym porwaniu i poinformował, że zmierzają na zachód. Kontroler kategorycznie nakazał im lądować we wschodniej części Berlina, na co Czesław Kudłek… zgodził się.

Kapitan powiedział kontrolerowi, że wykiwają w ten sposób porywacza i poprosił o pomoc w podejściu na Schoenefeld. W tym czasie któryś z pasażerów zauważył charakterystyczną zabudowę Berlina i wykrzyknął, że samolot jest nad Niemcami. Na tę wiadomość funkcjonariusze UB rzucili się w stronę kokpitu, ale napotkali na drzwi, które bagażami zastawił Andrzej Baruk i przez kilkanaście minut próbowali je wyważyć.

W tym samym czasie Czesław Kudłek obniżył pułap lotu, zmniejszył prędkość, wysunął podwozie… po czym w widowiskowy sposób przeleciał bezpośrednio nad zdezorientowanymi wojskowymi, którzy czekali na samolot na Schoenefeld. An-24 oczywiście nie wylądował, a kapitan kontynuował lot na zachód. W 85. minucie lotu maszyna przekroczył granicę i wleciała nad RFN.

Tutaj nikt nie robił już problemów – o 8:50 samolot wylądował na lotnisku Tempelhof w Berlinie Zachodnim. Momentalnie po zatrzymaniu się na płycie postojowej Kudłek i Baruk ewakuowali się przez specjalny właz w suficie kokpitu. Zrobili to na kilkanaście sekund przed tym, jak funkcjonariusze UB sforsowali drzwi i wbiegli do kabiny pilotów.

Mimo sprzeciwu ubeków kapitan, którym teraz był już Andrzej Śmielewicz, zadecydował o transporcie pasażerów do terminala, gdzie mieli poczekać na przyjazd nowej załogi. W ten sposób samolot opuściły też rodziny Baruka i Kudłka. Oni oraz dżokej Andrzej Horoszczak od razu wystąpili o azyl polityczny, a wkrótce zostali przetransportowani do Stanów Zjednoczonych, gdzie większość założyła swoje firmy. Czesław Kudłek nie wrócił jednak do pracy pilota, ponieważ podczas ucieczki złamał międzynarodowe przepisy lotnicze, za co został dyscyplinarnie ukarany.

Na koniec jeszcze mało znana ciekawostka. Jego żona, Mariola Baruk, zdecydowała się wrócić do Polski dopiero po ponad 29 latach. W Stanach zorganizowała zbiórkę pieniędzy dla pewnego chorego chłopca i 1 listopada 2011 postanowiła przylecieć z pieniędzmi do Warszawy. Wsiadła do Boeinga 767, który miał wykonać lot nr 16 z Nowego Jorku. Po kilku godzinach cała Polska patrzyła, jak kpt. Tadeusz Wrona ląduje tym samolotem bez podwozia. Wspomnienie Baruk zostało później wydrukowane w książce Tadeusza Wrony „Ja, kapitan”:

Teraz koledzy śmieją się, że gdy wyjeżdżałam z Polski, to mówił o tym cały świat i gdy wracałam – to samo, bo relacje z lądowania naszego Boeinga na Okęciu były chyba w większości stacji telewizyjnych na świecie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *