Do tej katastrofy doprowadziło tylko jedno słowo

„Tu leży Emilka i za to jej brawo. Bo migała lewym, a skręcała w prawo”. Dzisiaj opowieść o pilotach, którym migał lewy, a skręcali prawy.

Była zima, 4 stycznia 1989 roku, kiedy Boeing 737 angielskich linii lotniczych British Midland rozpoczynał rutynowy z Londynu do Belfastu. Pokład był niemal pełny – znalazło się na nim nie tylko 165 pasażerów i dwójka pilotów, ale również aż sześciu pracowników obsługi: szef pokładu, trzy stewardessy i dwóch stewardów.

Samolot dopiero co wystartował i właśnie wznosił się na wysokość przelotową, która ostatecznie miała wynieść trochę ponad 8500 metrów. Nagle samolot wpadł w nagłą wibrację, a we wnętrzu kabiny pasażerskiej pojawił się dym.

Nie tylko podróżni byli jednak zaniepokojeni, bo również, a może przede wszystkim w sytuacji próbowali się zorientować piloci. Widzieli oni przed sobą ekran, po którym poruszały się LED-y imitujące wskazówki – była to nowość, która zastąpiła zegary i klasyczne wskazówki występujące jeszcze w poprzednich modelach Boeinga 737. Z wyświetlacza wynikało jednak stosunkowo jasno, że mocno zmieniły się wskazania dotyczące silnika nr 1, czyli tego znajdującego się po lewej stronie.

Jak się później okazało, w silniku tym doszło do pęknięcia turbiny, co z kolei było spowodowane zmęczeniem materiału. Śledztwo wykazało, że producent silników nie tylko oszczędził stosując materiały słabszej jakości, ale również nie przeprowadził pełnego programu testów na dużych wysokościach. I tak oprócz tej sytuacji, podobne pęknięcia wystąpiły jeszcze dwukrotnie, w różnych samolotach typu Boeing 737.

Wracamy jednak do kabiny pilotów, gdzie momentalnie po awarii silnika kapitan wyłączył automat, który kierował samolotem i sam przejął stery. Pierwszy oficer, który siedział na fotelu po prawej stronie, był odpowiedzialny za nadzorowanie lotu, czyli też podawanie kapitanowi informacji ze wskaźników. Jednak zapytany o to, który silnik uległ uszkodzeniu odparł:

To był le… prawy

 

Taki błąd ludzki nazywamy zaburzeniami lateralizacji i nie dotyczy to bynajmniej tylko pilotów – jest wręcz powszechny. Najprostszy przykład na początku (wierszyk z Emilką). Lateralizacja jest w dużej mierze związana po prostu z rozróżnianiem kierunków. Zadanie wygląda prosto, ale przecież są ludzie, którzy omyłkowo wciskają pedał gazu zamiast hamulca, wrzucają lewy kierunkowskaz skręcając w prawo, albo próbują odkręcić słoik, obracając wieczko zgodnie ze wskazówkami zegara.

Podobny błąd popełnił też nasz drugi pilot – chodziło mu przecież o ten „drugi prawy” silnik. Niestety ta pomyłka została popełniona w najgorszym możliwym momencie. Oczywiście taki błahy z pozoru błąd przecież łatwo można wychwycić i się poprawić. 4 stycznia zdarzyło się jednak coś zupełnie odwrotnego. Kapitan nakazał bowiem pierwszemu oficerowi zmniejszenie obrotów w wadliwym silniku. Drugi pilot obroty zmniejszył, tylko że właśnie w prawej, działającej poprawnie jednostce napędowej.

Cóż, samolot znalazł się teraz w dosyć ciekawej konfiguracji – lewy silnik nie wytwarzał mocy, ponieważ doszło do uszkodzenia jego turbiny, poza tym zaczynał płonąć. Z kolei silnik prawy… również nie produkował ciągu, ale tylko dlatego, że został wyłączony przez pilota. Macie rację, to musiało się skończyć źle.

Kapitan postanowił lądować awaryjnie w porcie lotniczym East Midlands koło miasta Kegworth w Wielkiej Brytanii. Maszyna miała już niedługo przyziemić – znajdowała się na wysokości 300 metrów, zaledwie 4 kilometry od pasa startowego, kiedy sytuacja zaczęła się komplikować. Niespodziewanie nastąpiła gwałtowna utrata ciągu, a co za tym idzie prędkości, a co za tym idzie – siły nośnej. Z kolei brak siły nośnej nazywamy przeciągnięciem i w taki sposób daleko się nie poleci. Temu wszystkiemu wtórował alarm pożarowy silnika, który dopiero co się uruchomił i system ostrzegania o bliskości ziemi GPWS, o którym pisałem w poprzednim artykule. Tymczasem na drodze samolotu pojawiła się autostrada…

Konkretnie była to droga M1, która biegła zaraz obok lotniska, ale co gorsza – była otoczona stosunkowo wysokimi wałami nasypowymi. Prędkość była daleko poza minimum (ok. 125 węzłów, czyli 230 km/h) i cały czas spadała, ale mimo to piloci mieli nadzieję na cud. Planowali, jakkolwiek głupio to teraz nie brzmi, zaledwie musnąć wał ziemi przed autostradą, w jakiś magiczny sposób się od niego odbić i przeskoczyć nad drogą prosto na lotnisko. Powiem tyle – nie udało się.

Znaczy część pierwsza wypaliła – samolot dotknął ziemi przed autostradą i leciał jeszcze chwilę dalej. Tyle że po chwili o maszynie przypomniały sobie prawa fizyki i dosyć skutecznie sprowadziły ją na ziemię. Ciekawe tylko jak zareagowali kierowcy, którzy nagle zobaczyli Boeinga 737 lecącego na tyle nisko, że przewrócił lampy uliczne i rozbił się następnie na nasypie ziemi po drugiej stronie. Jak by nie było plan pilotów nie tylko się nie powiódł, ale skończył wręcz tragicznie – zginęło 39 osób, a kolejne osiem zmarło w szpitalu. Co ciekawe, drugi pilot przeżył, ale nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego w krytycznym momencie użył słowa „prawy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *