Leciałem tym śmigłowcem w poniedziałek – w czwartek się rozbił

Najtragiczniejsze zdarzenie w historii polskiego ratownictwa górskiego. Wszystko to z wątkiem kryminalnym i dotąd niewyjaśnioną katastrofą w tle. Rozmawiałem też z osobą, która leciała tym śmigłowcem trzy dni wcześniej.

Byłem wtedy w ACR (Akademickie Centrum Rehabilitacji) na Ciągłówce, już po dyplomie, ale jeszcze przed stażem. Do obiadu jeździłem w karetkach, po obiedzie chodziłem na śmigłowce. Na „Piniu” miałem dwa loty: odwoziliśmy pacjenta na materacu próżniowym (uraz kręgosłupa) do Katowic, i lecieliśmy gdzieś po delikwenta ze złamaną nogą.

Wspomniany Pinio to śmigłowiec polskiej konstrukcji typu PZL W-3 Sokół. Ten egzemplarz został dostosowany specjalnie na potrzeby Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, a dostarczono go w 1993 roku. Imię Pinio zostało maszynie nadane przez personel.

Sokołem leciało się świetnie, tylko silniki potwornie hałasowały. Z Zakopanego wyjeżdżałem we wtorek wieczorem. Zatem musiałem lecieć najpóźniej w poniedziałek.

11 sierpnia 1994 roku to czwartek. Tego dnia ratownicy TOPR zostali powiadomieni przez żołnierzy straży granicznej z Kasprowego Wierchu o wypadku turystycznym. Z krótkiej wiadomości wynikało, że poszkodowanych jest dwóch obcokrajowców. Mowa też była o poważnych złamaniach kończyn dolnych.

Kierujący wyprawami w tym dniu Janusz Kubica wraz z „grupą szturmową” w składzie: Mieczysław Ziach, Roman Kubin, Rafał Mikiewicz, Robert Janik wyjechali samochodem do szpitala na lądowisko i wystartowali o godzinie 13:09. Dodatkowo na pokładzie znalazło się dwóch pilotów, Bogusław Arendarczyk i Janusz Rybicki oraz ratownik Stanisław Mateja.

Miejsce wypadku zlokalizowano na szklaku z Suchej Przełęczy do Hali Gąsienicowej. Pinio zawisł nad poszkodowanymi na małej wysokości, a w tym czasie ratownicy ze sprzętem opuścili się ze śmigłowca na ziemię. Z relacji Mieczysława Ziacha wynika, że w pewnym momencie usłyszał trzask, jakby ktoś strzelił z wiatrówki.

Nagle ratownicy zauważyli leżącego tuż obok Janusza Kubicę. Dowódca grupy był nieprzytomny, leżał z podkurczonymi nogami i miał ranę z tyłu głowy o średnicy ok. 5 centymetrów. Chwilę później ranny ratownik znalazł się na pokładzie śmigłowca i podjęto decyzję o jak najszybszym przetransportowaniu go do szpitala. Na pokładzie Pinia oprócz poszkodowanego znajdowała się tylko trzyosobowa załoga – reszta grupy została z poturbowanymi turystami.

Śmigłowiec wystartował i szybko osiągnął prędkość 248 km/h. W pewnym momencie rozpadła się jedna z łopat silnika głównego. Przez to doszło do nieznacznej utraty siły nośnej, przez co maszyna zaczęła wirować i opadać w stronę ziemi. Pilot próbował ustabilizować lot, ale przez to uszkodzona łopata zaczęła uderzać o ogon Pinia. Wkrótce ogon został całkowicie odcięty od reszty śmigłowca. Reszta kadłuba również zaczęła się rozpadać, a śmigłowiec spadł na zalesione podnóże w okolicach Wielkiego Kopieńca.

Najszybciej jak było to możliwe rozpoczęła się akcja ratunkowa, w której udział brali ratownicy TOPR-u, pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego oraz strażacy. Niestety, skutki katastrofy były tragiczne. Szczątki maszyny były porozrzucane na obszarze ok. 1000 metrów. Nikt z czterech osób na pokładzie nie przeżył. Poniższy film został nagrany przez turystów, którzy byli wtedy w Tatrach i przedstawia moment, w którym maszyna zaczęła się rozpadać.

Na początku artykułu przytoczyłem cytaty Fulmara – bojownika, który również pisze o lotnictwie i który leciał tym śmigłowcem zaledwie 3 dni wcześniej. Powiedział mi również, co czuł, kiedy dowiedział się o tragedii:

Mniej więcej w dniu katastrofy rozmawiałem z mamą, czy się nie boję – nie, na śmigłowcach praktycznie nic nie może się stać.

Wiadomość podano chyba w Teleexpressie. Zaraz telefon (jeszcze kablowy, komórki były tragicznie drogie) od kumpla (totalnego ateisty, prawie jak ja): Żyjesz? – Przecież słyszysz. – Uff, ale na twoim miejscu poszedłbym na kolanach do Częstochowy.

Pewnie bym leciał, gdyby mi się turnus nie był skończył.

Po chwili dodaje:

…wtedy nie piłem. Dziś po takiej wiadomości pewnie bym się zalał w trupa.

 

Śmigłowiec i piloci wspaniali. Nazwisko – Janusz Rybicki – pamiętam do dziś. Duży, dobroduszny człowiek. Obiecałem mu kiedyś podrzucić miniaturę „osiołka” – Mi-2, na którym też latali. Nie dało się.
Znałem tych ludzi, przez 4 tygodnie można się prawie zaprzyjaźnić.

Zbadaniem przyczyn wypadku zajęła się Główna Komisja Badania Katastrof Lotniczych. Przyczyny katastrofy do dzisiaj nie są w pełni wyjaśnione. Na początku podejrzewano, że Janusz Kubica, wysiadając z maszyny, zahaczył głową o łopatę wirnika, co miało doprowadzić do jej uszkodzenia. Niezależni eksperci stwierdzili jednak, że taka wersja wydarzeń jest bardzo mało prawdopodobna. Aktualnie przyjmuje się, że łopata zaczęła się rozpadać wcześniej – odgłos wystrzału słyszany przez ratowników miał pochodzić z kawałka łopaty, który się od niej odłamał. Następnie ten odłamek miał trafić w głowę Janusza Kubicy, tym samym go raniąc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *