Lockerbie – miasteczko, które skupiło uwagę świata tuż przed świętami 1988

Katastrofa nad szkockim Lockerbie była jedną z najtrudniejszych zagadek kryminalnych XX wieku – rozwikłano ją używając odłamka mniejszego niż czubek palca i kilku nitek.


Był 21 grudnia 1988 roku, więc do Wigilii zostało już naprawdę niedużo czasu. W miasteczku Lockerbie, tak jak w innych miejscach w Szkocji, przygotowywano się już do nadchodzących świąt. Można wyobrazić sobie takie szkockie, małe miasteczko, skąpane już w wieczornym mroku. Jasne są jednak nie tylko lampki ozdabiające ulice, ale też okna w wielu domach. Zaglądając przez nie możemy zauważyć szczęśliwe rodziny, dzieci ubierające choinki. Szybko zaczynamy czuć zapach pieczonych pierników i powstających powoli wigilijnych specjałów, a wszystko to przy cichym akompaniamencie kolędy Cicha Noc

Domy niektórych mieszkańców znajdowały się na wzniesieniu. Rozciągał się z nich przepiękny widok na uśpione i skąpane w zimowej mgiełce ulice w centrum miasta. Jednak kilka minut po godzinie 18:00 czasu lokalnego zdarzyło się coś, co nieodwracalnie zrujnowało tę magiczną atmosferę.

Wyglądając o tej godzinie przez okna domów na wzgórzu dostrzeglibyśmy po chwili ciemne, tajemnicze kształty, które bezgłośnie spadały na miasto. Przecież śnieg nie powinien być czarny, zazwyczaj płatki nie są też wielkości książek. W końcu przecież śnieg nie powinien… płonąć.

Faktycznie, po niedługiej chwili sytuacja zaczęła się robić dużo bardziej poważna i niebezpieczna, bo miasteczko było już bombardowane płonącymi przedmiotami. Lokalne gazety nie pisały wcześniej o początku wojny, więc pierwsze skojarzenie było z jakimś deszczem meteorytów. Tylko że takie opady nie są takie gęste.

Możecie zapytać, dlaczego w Podniebnych Opowieściach piszę o jakimś mieście? W takim razie wznieśmy się kilka kilometrów ponad ziemię, gdzie atmosfera (nie tylko ta, o której uczymy się na geografii) różni się nieco od świątecznego uroku miasteczka. Jasne jest, że brytyjska przestrzeń powietrzna jest jedną z najbardziej zatłoczonych w Europie. Na dodatek nad Lockerbie przebiega prawdziwa podniebna autostrada – korytarz powietrzny łączący jedno z największych europejskich lotnisk, londyńskie Heathrow, z Ameryką Północną.

Już w latach 80. ruch na tej arterii był bardzo gęsty, a pamiętajmy, że mamy okres przedświąteczny – te kilka dni, kiedy wszyscy chcą wrócić do ojczystych miasteczek i spotkać się z rodziną przy wigilijnym stole. Dlatego też w tych dniach nad Lockerbie znalazło się bezwiednie tysiące Amerykanów i Europejczyków, którzy lecieli w jednym z kierunków, myśląc tylko o zdążeniu na święta.

Wróćmy jednak na ziemię, gdzie przed chwilą spokojne i wypełnione po brzegi magiczną atmosferą świąt miasteczko płonęło – i to dosłownie. Przed momentem ulice zostały zasypane małymi kulami ognia, wtedy jeszcze o niewiadomym pochodzeniu. Spadające na miasto obiekty były bardzo różnej wielkości. Niektóre trudno było zauważyć, podczas gdy inne burzyły całe domy. Nikt z mieszkańców na pewno nie spodziewał się, że życzenia ich znajomych dotyczące ciepłej atmosfery w święta zrealizują się z taką dosłownością.

Niektórzy, co pamiętają jeszcze wydarzenia z roku 1988, do dzisiaj wspominają te święta, których tak naprawdę nie było w Lockerbie. Według pewnych relacji ulice były naprawdę skąpane w ogniu, jakkolwiek trudno byłoby to sobie wyobrazić. Te kilka minut istnego „bombardowania” kulami ognia zabiło święta tego roku i sprawiło, że Lockerbie nie zasiadło do wigilijnego stołu. Mimo że od dziwnego wydarzenia upłynęły już trzy dni, niektórzy cały czas przechadzali się po tym, co zostało z ulic, a towarzyszyło im tylko niedowierzanie. Co uważniejsi mogli na bruku znaleźć ładnie oprawione, czasami nadpalone karty pokładowe linii Pan Am na lot z Londynu do Nowego Jorku.

Faktycznie, odłamki, które zasypały Lockerbie pochodziły z Boeinga 747 amerykańskich linii lotniczych Pan Am, który udawał się w przedświąteczną podróż ze stolicy Wielkiej Brytanii do Nowego Jorku. Z jakiegoś powodu maszyna ta rozsypała się na drobne kawałeczki właśnie nad szkockim, sennym miasteczkiem.

Oczywiście odłamki nie spadły tylko na Lockerbie. W rzeczywistości ich rozrzut był dużo bardziej pokaźniejszy. Różne fragmenty samolotu były znajdowane wiele kilometrów od miasta. Gdyby spojrzeć na mapę ukazująca znajdowane części Boeinga, zauważylibyśmy, że tworzą one trójkąt, którego wierzchołkiem było właśnie Lockerbie. 

Mieszkańcy szkockiego miasteczka i rodziny pasażerów feralnego samolotu nie były jedynymi osobami, które tego roku straciły święta. Niemal momentalnie po katastrofie rozpoczęło się śledztwo, które rozpoczęto od… próby pozbierania możliwie największej ilości szczątków samolotu. Z powodu ogromnego terenu, do pracy zaangażowano setki policjantów, żołnierzy i wolontariuszy, którzy całe dnia przeszukiwali pola, łąki i bagna w okolicach Lockerbie.

To przeczesywanie terenu poskutkowało znalezieniem ponad 10 tysięcy różnych części samolotu, które następnie zostały dokładnie skatalogowane. Niestety, maszyna rozsypała się w większości w drobny mak, a największym fragmentem, który do dzisiaj jest niepisanym symbolem tej tragedii, była ta część kokpitu.

Dzięki tak dobrze zachowanemu kokpitowi pilotów, śledczy mogli zajrzeć do środka i zobaczyć, jak ustawione były przyrządy podczas katastrofy. W ten sposób udało się wyeliminować mnóstwo podejrzeń nie znajdując nawet czarnych skrzynek. Inspekcja kokpitu nie przyniosła jednak jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, co dokładnie stało się w powietrzu. Tymczasem coraz popularniejsza stawała się teza o wybuchu bomby na pokładzie.

Aby sprawdzić prawdziwość tych zarzutów, posunięto się do nieprawdopodobnego kroku. Zgromadzono możliwie najwięcej znalezionych odłamków w dużym hangarze, a następnie zaczęto z nich, niczym z klocków, układać samolot.

W ten sposób udało się nie tylko potwierdzić, że na pokładzie doszło do wybuchu, ale też dokładnie określić, w którym miejscu miało to miejsce. Zrobiono to na tyle dokładnie, że śledczym udało się oszacować, w której walizce z luku bagażowego znajdowała się bomba. Tak właśnie, nie znajdując konkretnego bagażu, udało się dowiedzieć, jak walizka znalazła się na pokładzie, a według dokumentów podróżowała z Malty, z naklejką „JFK Rush”, co oznaczało zagubiony bagaż, który jak najszybciej miał się znaleźć na lotnisku w Nowym Jorku.

Inna niezwykła sytuacja zdarzyła się, gdy gdzieś w szczerym polu znaleziono odłamek mniejszy od czubka ludzkiego palca. Został on przetransportowany do terenowej bazy śledczych, których wprawne oko szybko oceniło, że kawałek nie pochodzi z Boeinga 747. Szybka analiza porównawcza wykazała jednak, że był to fragment radiomagnetofonu Toshiba RT-SF16. Ta maszyna z kolei dobrze znana była agentom FBI, którzy też pracowali przy wyjaśnianiu katastrofy – w takich radiach często umieszczano ładunki wybuchowe.

To nie koniec niesamowitych metod poszukiwawczych wykorzystanych do odszukania winnych zamachu terrorystycznego. Znaleziono bowiem to, co zostało z walizki podrzuconej przez zamachowców. Z niej udało się pobrać kilka nitek pochodzących z ubrań, którymi przykryte było radio. Okazało się, że ubrania te były tworzone ręcznie i zaprowadziły śledczych do sklepu odzieżowego na Malcie, którego właściciel pamiętał, że nabył je kilka dni wcześniej mężczyzna o libijskim wyglądzie.

Mężczyzna ten został szybko zidentyfikowany jako Abdelbaset al-Megrahi, obywatel Libii, który z dwoma współzamachowcami przygotowali bombę i doprowadzili do umieszczenia jej na pokładzie Boeinga 747. Co ciekawe, Megrahi pracował wcześniej jako szef ochrony w libijskich liniach lotniczych.

Ten rok był bardzo ciekawy – w czerwcu wystartowały Podniebne Opowieści i od tego czasu powstało 18 artykułów, a to tylko początek. Jako że na życzenia bożonarodzeniowe już trochę późno (chociaż składamy je w podniebny sposób na naszej stronie na Facebooku), to życzę wszystkim czytelnikom Podniebnych Opowieści i Joe Monstera obfitego w miłe i ciekawe przeżycia Nowego Roku oraz tego, żebyście nie zapominali o podniebnym projekcie, ponieważ w przyszłym roku będzie go jeszcze więcej i jeszcze ciekawiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *