Z tego samolotu nikt nigdy nie wysiadł

To jest taka opowieść, która kończy się dobrze, nawet bardzo dobrze. Tylko że wtedy dzieje się coś tak nieprawdopodobnego, że dochodzi do niewyobrażalnej tragedii. Dlaczego z samolotu, który bezpiecznie wylądował nikt, nigdy nie wysiadł?

Działo się to już jakiś czas temu – był 19 sierpnia 1980 roku. Był wieczór, co znaczyło że niedługo z lotniska w Rijadzie w Arabii Saudyjskiej miał wystartować Lockheed Tristar linii Saudi Arabian. Ten model samolotu zapisał się w historii jako najnowocześniejszy pasażerski płatowiec w momencie, kiedy wchodził on na rynek. Tyle że było to niemal 20 lat wcześniej, niż opisywane wydarzenia. Nie zmienia to faktu, że lot Saudi Arabian 163 miał wkrótce wystartować z 301 osobami na pokładzie, wśród których znalazło się też 15 niemowląt. Samolot miał wykonać rutynowy lot regionalny do innego miasta w Arabii, Jeddahu.

Zanim przejdziemy dalej warto porozmawiać o pilotach, ponieważ trzy osoby, które zasiadły razem w kokpicie tworzyły mieszankę iście wybuchową. Zacznijmy od kapitana, który problem miał z adaptacją do szybko zmieniających się okoliczności. Mówiąc po ludzku wariował gdy sprawy nabierały rozpędu i na pewno nie był najlepszy w podejmowaniu szybkich decyzji, przez co nie powinien być pilotem, a zwłaszcza dowódcą czegokolwiek.
Jest jeszcze pierwszy oficer, ale z nim problem jest jeszcze poważniejszy, ponieważ nigdy nie ukończył on szkolenia lotniczego. Z pewnych przyczyn, mimo oblania egzaminów przywrócono go do latania, ale już kursu nie dokończono. Można więc z całą pewnością powiedzieć, że ten pan miał pewne braki w wiedzy i na pewno w samolocie znaleźć się nie powinien.
Ale nie zapominajmy o mechaniku pokładowym, który jednak na tle schorzeń kolegów wypadał całkiem nieźle… ze swoją dysleksją. Każda z ułomności u trzech członków załogi znacznie utrudniała szybkie podejmowanie decyzji, które jest niezbędne w sytuacjach zagrożenia.

Do sytuacji niebezpiecznej niestety jednak doszło 19 sierpnia. Przyrządy samolotu, zaledwie 7 minut po starcie zaczęły wskazywać obecność dymu na pokładzie. Oczywiście dokładne procedury na tę okoliczność istnieją, ale pojawił się problem – piloci zaczęli szaleńczo przeglądać wszystkie dokumenty w kokpicie w poszukiwaniu książki kontrolnej zawierającej procedury. Ostatecznie szukanie odpowiedniego rozdziału, mimo ich logicznego rozmieszczenia, zajęło załodze aż 4 i pół minuty, które w sytuacji zagrożenia były bardziej niż cenne.
Także do tego momentu piloci nie otrzymywali informacji od obsługi pokładowej o tym co dokładnie się dzieje. Dopiero gdy kapitan osobiście poszedł ocenić sytuację, zakomunikował kolegom z kokpitu, że z tyłu samolotu wybuchł pożar.

Tutaj trzeba powiedzieć, że nie ma skutecznej metody ugaszenia pożaru w lecącym samolocie. A zwłaszcza nie było jej w roku 1980. Obecność łatwopalnych materiałów jest tylko pomocą, bo płomienie cały czas podsycane są bogatą w tlen atmosferą. W przypadku pożaru, który spotkał lot 163 jedynym ratunkiem było jak najszybsze, awaryjne lądowanie i to gdziekolwiek.
Załoga Tristara miała jednak tę przewagę, że niedawno wystartowali i mogli szybko wrócić na lotnisko w Rijadzie. Gdyby wszystko poszło dobrze, a ogień nie rozprzestrzenił się, maszyna mogła znaleźć się na ziemi w ciągu 20 minut. Piloci zawrócili samolot, ale od tego momentu działania załogi były bardzo chaotyczne. Panika panowała też w przedziale pasażerskim – duże zadymienie i widoczne momentami płomienie wzmogły szaleństwo u pasażerów, którzy zaczęli biegać między siedzeniami wzajemnie się tratując i blokując dostęp do kokpitu.

Piloci w tym czasie mieli swoje problemy. Pożar, który miał miejsce z tyłu samolotu przepalił między innymi linkę sterującą silnikiem, który znajdował się „na ogonie” – przez to piloci nie mogli regulować jego mocy. Dodatkowo mechanik pokładowy cały czas meldował kapitanowi zupełnie odwrotne wskazania przyrządów i o tym, że dym na pokładzie raz był, a nagle znikał, aby zaraz się pojawić. Dowódca był więc zdezorientowany, a dodatkowo zajęty pilotowaniem samolotu. A jeszcze jedna sprawa była nierozwiązana.
Po awaryjnym lądowaniu samolotu może nastąpić jego ewakuacja, jednak o tym decyduje kapitan samolotu. To on sprawdza, czy pasażerowie będą bezpieczniejsi wewnątrz maszyny (np. w przypadku pożaru silnika), czy może na zewnątrz. Bez jasnej decyzji dowódcy załoga pokładowa nie może otworzyć drzwi samolotu i wypuścić pasażerów na płytę lotniska.

Na pięć minut przed przyziemieniem szefowa pokładu zapytała w końcu o ewakuację – odpowiedź jednak nie padła. Kapitan był bowiem zajęty pilotowaniem. Pierwszy oficer miał zająć się komunikacją radiową, ale i to robił dopiero po ponagleniu przez dowódcę. Za nimi siedział dyslektyczny mechanik, który pochłonięty był ciągłym, bezsensownym sprawdzaniem układu detektorów dymu i wygłaszaniem optymistycznych komentarzy o braku wskazań – nie docierało do niego, że cały samolot jest mocno zadymiony.
Gdy szefowa pokładu na minutę przed lądowaniem powtórzyła pytanie kapitan zbył ją jedynie nakazem powrotu na jej fotel. Dopiero później dotarło do niego, że z tyłu ma jeszcze pasażerów i na pół minuty przed przyziemieniem podjął decyzję: „Powiedz im… powiedz im, żeby n i e ewakuować!”

Faktycznie była to najgłupsza decyzja jaką można było w takiej sytuacji podjąć, ale nie było czasu tego rozmyślać, bo płonący samolot musiał wylądować. I teraz stała się znowu rzecz niebywała. Wozy strażackie stały na lotnisku w gotowości myśląc, że maszyna wykona ostre hamowanie. Tymczasem samolot przyziemił, powoli dotoczył się do końca pasa i elegancko skręcił w drogę kołowania… z wciąż pracującymi silnikami!
Pojazdy ratownicze ruszyły w pościg, ale stan samolotu nie zmieniał się. Nie nastąpiło wyłącznie silników, a drzwi wciąż były szczelnie zamknięte. Piloci siedzieli wewnątrz sparaliżowani strachem i niezdolni do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Dodatkowo wieża przekazała kapitanowi, że z zewnątrz nie widać płomieni, co tylko dodało mu optymizmu, ale wciąż nie było decyzji ze strony załogi.

Po trzech minutach takiego oczekiwania kontroler zapytał się, że piloci rozpoczynają ewakuację, czy może chcą dokołować do stanowiska postojowego. Dopiero wtedy kapitan zapewnił, że wyłączy silniki i wtedy rozpocznie ewakuację. Ostatni komunikat z samolotu został nadany półtorej minuty później i brzmiał „będziemy się teraz ewakuować”. Jak można się domyślić nic takiego nie nastąpiło.
Strażacy także mieli problem z dostaniem się do środka, bo nikt nie przewidział potrzeby otwierania drzwi w samolocie od zewnątrz. Od lądowania do otwarcia drzwi przez ratowników minęło około pół godziny. W tym czasie wszyscy, którzy znajdowali się na pokładzie udusili się dymem, a z wnętrza samolotu nikt nigdy nie wysiadł. Jak wykazało śledztwo na pokładzie zużyto wszystkie gaśnice, ale nikt, łącznie z pilotami nie wpadł na to, żeby założyć maskę tlenową. Tymczasem mechanik pokładowy po przyziemieniu wciąż znajdował się w swoim transie i wyłączał po kolei i spokojnie wszystkie systemy, łącznie z wentylacją pokładu, tak, jakby było to zwykłe lądowanie.

Tak kończy się historia jednej z najbardziej wstrząsających sytuacji w historii lotnictwa. Chociaż na przerażający efekt końcowy złożyło się wiele czynników, jeden zdaje się być kluczowy – niezdolność kapitana do podejmowania szybkich decyzji. A za tydzień historia o pilotach, którzy polegli w walce z maszyną – jest to jeden z takich przypadków, które udowadniają, że autopilot może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *