To była zaskakująco spokojna noc

 

Zbliża się godzina 2 w nocy, ale trudno na pierwszy rzut oka rozpoznać, że zapadła noc. Termometr zatrzymał się już dawno na 30 stopniach i nieprzerwanie pokazujje tę właśnie wartość. Ulice są jasno oświetlno i oprócz nieprzyjemnych pustek na ulicach nic nie wzbudziłoby niczyich podejrzeń, że dzień się już skończył. Witajcie w martwej Wenecji.

 

Siedzę przed dworcem Wenecja Mestre, który o tej godzinie jest już od dawna zamknięty. Ostatni pociąg dotarł tutaj po 23:00, a pierwsze odjazdy poranne zaczną się dopiero od 5 nad ranem. Mestre to lądowa część Wenecji – nie znajdziemy tutaj malowniczych kanałów, czy par pływających gondolami. Dużą część dzielnicy zajmuje ogromny dworzec kolejowy i autobusowy. Poza tym jest też sporo budynków i placów – wszystko w typowo włoskim stylu. Jedyny szczegół wyróżniający Mestre od centrów innych włoskich miast jest taki, że o północy miejsce to umiera.

 

Przed dwrocem próżno szukać wielu miejsc do siedzenia, a większość istniejących jest pozajmowana przed grupkę bezdomnych, koczujących tutaj, jak zgaduję, każdej nocy. Jeden z nich podchodzi do grupy młodych dziewczyn, turystek z Chorwacji, które wracają do domu po wycieczce do Belgii. Próbują ignorować intruza, chociaż nie jest to najprostsze zadanie. Widząc to, z cienia wychodzi jakiś mężczyzna, powoli, acz pewnie zbliża się do bezdomnego i w kilku prostych słowach tłumaczy mu, że ma koleżanki zostawić w spokoju. Tej nocy nikt już do nich nie podejdzie.

 

Mestre o tej godzinie może być niebezpieczne. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej przemierzałem jego puste ulice w poszukiwaniu jedynego w okolicy McDonalda, który jest otwarty dłużej nić do 23:00. Stosunkowo jasne oświetlenie ulic próbuje dodawać trochę otuchy, ale będąć tam całkowicie samemu można poczuć niepokój. Wbrew powszechnemu przekonaniu to miejsce nie jest okupowane przez uchodźców i czarnoskórych migrantów. Na ulicach nie widziałem też policji. Głównymi ulicami niekiedy przejechał pojedynczy samochód, a główny bastion życia stanowiły osoby przekonujące mnie do skorzystania z ich usług taksówkarskich. I prostytutki. Czekające na klientów na ulicach w środku miasta.

 

Niedługo po posiłku w restauracji z żółtą literą ‘m’ wracam na dworzec i kontynuuję czekanie. Temperatura, a razem z nią i atmosfera tego miejsca nie zmieniła się w ogóle. Wszystko wciąż sprawia wrażenie opuszczonego przez jakąkolwiek cywilizację dobre kilka lat temu. A pomyśleć, że gdy po przylocie z Polski i dostaniu się do Mestre z lotniska, miejsce to wyglądało zupełnie inaczej. Było już co prawda ciemno, ale na ulicach wciąż roiło się od ludzi próbujących zdążyć na ostatnie tego dnia pociągi. W połaczeniu z jasnym światłem ulicznych latarni, trudno było zauważyć, że dzień się już skończył.

 

Wystarczyły jednak 2 godziny, żeby większość tych ludzi zniknęła z ulic. Zostaliśy tylko my, osiem osób czekających na autobus do Zagrzebia. Oprócz trzech młodych Chorwatek, jest ich wybawiciel od natrętnego bezdomnego. Jak się okazuje […] jest hiszpanem, ale dość często zmienia adres zamieszkania – chwilowo osiedlił się we Włoszech. Jedzie do Chorwacji na festiwal muzyczny. Jest też jeden Chińczyk, z prowincji, której nazwy nie zapamiętałem. Rozmawiamy o Szanghaju, w którym to mnieście będę tydzień później. Jak się po chwili okaże, […] wcale nie czeka na nasz autobus, bo próbuje dostać się do Rzymu. Jego Flixbus odjedzie z tej stacji dopiero za kilka godzin.

 

Mimo, że autobus miał odjeżdżać o godzinie 1:50, kilka minut po drugiej wciąż go nie ma. Przybiega za to para Włochów, którzy już od dłuższego czasu siedzieli na dworcu obok, ale dopuero teraz przypomniało im się, że również mają bilety na podróż w stronę Zagrzebia. Kilka godzin później, razem ze mna wysiądą w Lublanie i zostaną w mieście na kilka dni, żeby je pozwiedzać. Następnego dnia spotkam ich w autobusie miejskim. Ja będę jechał do domu, a oni do lokalnego zoo.

 

Mimo późnej godziny czekamy na autobus żywo dyskutując o naszych minionych i nadchodzących podróżach. Wciąż jest ciepło, a porównując z temperaturami, które pamiętałem z Polski, było wręcz gorąco. I parno, bo mimo że Mestre nie leży na wysparskiej częsci Wenecji, morze znajduje się bardzo blisko stąd. Pociągiem to 3 minuty jazdy. Na ulicach robi się jeszcze puściej, co jest trudne do wyobrażenia, ale okazuje się możliwe. Być może u niektórych noc w środku włoskiego, opustoszałego miasta budzi niepokój, ale noc sama w sobie jest bardzo spokojna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *